Pierwszy turnus rehabilitacyjny Zosi – co dał nam, a co odebrał?

Pierwszy turnus Zosi – wdzięczność, lekcje i rozczarowanie

14 listopada 2022 roku napisałam do Was, naszych CUDownych Aniołów – czyli również do Ciebie, który czytasz te słowa. Był to pierwszy dzień naszego pierwszego turnusu rehabilitacyjnego z Zosią. Wtedy byłam pełna nadziei, wdzięczności i zapału do pracy. Zajęcia odbywały się aż cztery razy dziennie, ale szczęśliwie wszystko było w jednym obiekcie, więc logistycznie dało się to ogarnąć. Dzisiaj, z perspektywy czasu, wiem, że było to jedno z najgorszych miejsc, do jakich trafiłyśmy

Co było dobre?

Nie byłabym sobą, gdybym nie wyciągnęła z tego trudnego doświadczenia czegoś dobrego. Poznałyśmy tam dwie wyjątkowe terapeutki, które miały osobne gabinety i wniosły ogromną wartość w życie Zosi – i moje.

Pani logopeda była pierwszą osobą w naszej historii terapeutycznej, która nas naprawdę wsparła. Nie oceniała, nie krytykowała. Pokazała nam wiele cennych technik, z których korzystamy do dziś – np. wibracje na pięty, które pomagają regulować napięcie. To ona zasugerowała też masaże, które wykonywałyśmy 5 razy dziennie przez dwa miesiące – i to dzięki temu Zosia zaczęła jeść pokarmy stałe i nie reagować odruchem wymiotnym na wodę! To był OGROMNY sukces! W tym miejscu też po raz pierwszy spotkałyśmy się z metodą Knillów – towarzyszy nam do dziś i Zosia ją uwielbia!

Pani od sensoplastyki dała nam ogrom narzędzi do odwrażliwiania Zosi. Pracowałyśmy intensywnie: masaże i zabawy sensoryczne po 5 razy dziennie. Te zajęcia były nie tylko rozwijające, ale również bardzo wspierające emocjonalnie. Rozmowy z tą terapeutką dodały mi siły, odwagi i wiatru w żagle.

Co poszło nie tak?

Niestety,
fizjoterapia okazała się totalnym rozczarowaniem.
To tam zraziłam się do metody bobath na całe dwa lata.

Fizjo odbywało się w dużej sali, bez intymności, z trzema terapeutkami jednocześnie.
Kadra nie dawała żadnego wsparcia – zamiast tego było wieczne ocenianie moich wyborów.
Przykład?
Skrytykowano mnie za noszenie Zosi w ergonomicznym nosidle,
nie proponując żadnej alternatywy – a pamiętajmy,
że trzeba było codziennie pokonywać dziesiątki schodów bez windy.

 

 

Nie miałam wtedy wiedzy – byłam na początku naszej drogi.

Pytałam, słuchałam, szukałam… ale odpowiedzią były tylko krytyka i hejt, nawet ze strony kierowniczki ośrodka.
Usłyszałam, że medek to krępowanie dzieci a vojta to tortury..
Czułam się jak bym była najgorszą matką na ziemi każac dziecko taką terapią..
Usłyszałam wtedy, że tylko ich metoda ma sens,
że to do nich przyjeżdżają ludzie z zagranicy, więc „na pewno wiedzą najlepiej”.
Dzisiaj wiem, że to
manipulacja, niekompetencja i brak szacunku do rodzica.

Co wyniosłam?

Nie wróciłyśmy tam już nigdy. I każdemu to miejsce odradzam.
Ale zyskałam coś cenniejszego – świadomość, że:

  • Każda złotówka przeznaczona na terapię Zosi musi być inwestowana mądrze.

  • Będę wybierać tylko te miejsca, które dają realne wsparcie i rozwój – nie tylko Zosi, ale i mnie jako mamie.
  • Wiem, czego szukać w ośrodkach terapeutycznych, a czego się wystrzegać.

Bo sama mogę trochę, ale razem – z Wami – możemy o wiele, wiele więcej.
Dziękuję każdej osobie, która licytowała, wspierała, komentowała, udostępniała.
To dzięki Wam możemy szukać lepszych dróg, prawdziwego wsparcia i rozwoju dla Zosi
.